Psycholog. Fascynacja, zauroczenie, miłość. Wakacyjna przygoda
Strona główna » Seks w Zdrowym Mieście » Psycholog » Fascynacja, zauroczenie... Miłość? Wakacyjna przyg…

Fascynacja, zauroczenie... Miłość? Wakacyjna przygoda

Z ARCHIWUM DONIESIEŃ LISTONOSZA. Psycholog

Prof. Bassam Aouil, Monika Trzcińska, psycholog, PPK

zdrowemiasto.pl | dodane 30-06-2011

Fot. Photos8.com
 
Witam serdecznie! Adres ten dostałam od znajomej, która z czasem stała się przyjaciółką :) Nigdy nie pisałam do psychologa i w ogóle rzadko rozmawiam z kimś o swoich problemach, ale ostatnio czuję, że nie potrafię więcej już udźwignąć. Zawsze byłam uśmiechnięta i pomagałam innym w potrzebie. Teraz, niestety, ja sama potrzebuję pomocy, jednak w miejscu, w którym się znajduję, nie mam jeszcze nawet znajomych, nie wspominając o przyjaciołach. Historia, która mnie dręczy zaczęła się w lutym 2004. Byłam wtedy w Niemczech na wymianie studenckiej i wszystko wyglądało prawie cudownie. Miałam wtedy chłopaka, którego znam już 11 lat, a razem byliśmy wtedy już 5,5 roku. Nie uczęszczałam tam na żadne dyskoteki ani nic w tym rodzaju. Postanowiłam, że nie będę kusić losu :) Ale los sam do mnie przyszedł.
Pewnego dnia siedziałam w laboratorium. Przysiadł się do mnie pewien chłopak - też student, choć już miał 27 wiosen. Nie rozmawiałam z nim nigdy wcześniej, choć widziałam go w sumie ze 3 razy. Uczyłam się wtedy niemieckiego. Dla niektórych było to śmieszne, czego się uczyłam. Mnie to denerwowało, ale dla niego było odwrotnie. Rozmawiał ze mną powoli i wyraźnie, bo, niestety, mój język dawał wiele do życzenia. Muszę tu powiedzieć, że wcześniej uczyłam się angielskiego. Zaczęło się więc od rozmów w laboratorium. Potem ni stąd, ni zowąd zaczął chodzić ze mną i moimi znajomymi z Polski na obiady. Potem pożyczył mi aparat fotograficzny, gdy dowiedział się, w sumie całkiem przypadkiem, że robienie zdjęć to moje hobby, a że ze sobą nie mam żadnego aparatu. To był aparat jego dziewczyny, która jest fotografikiem. Tak, miał dziewczynę, co skreśla go z listy potencjalnych zagrożeń. Nawet ją poznałam, gdy byłyśmy z moimi koleżankami u nich na grillu. Oni byli ze sobą już ponad 9 lat, nawet 2 lata mieszkali razem. Ale ja sobie żadnych nadziei nie robiłam. Ja miałam mojego chłopaka, a on swoją dziewczynę. No i myślałam, że tak pozostanie. Byliśmy dobrymi znajomymi.
Często pracowałam na uniwersytecie do wieczora. Pewnego razu spytał mnie, czy mam klucze do jednego z laboratoriów, bo on wybiera się teraz na rower i chciałby tam zostawić swoje rzeczy. Moja odpowiedź była twierdząca, tylko pytanie: o której on będzie z powrotem? Była mowa, że o godz. 20-tej, więc czekałam, ale i tak do 20-tej zawsze byłam na miejscu, więc dla mnie to żadna różnica. Nie było jednak go ani o 20-tej, ani o 21-ej... Pojawił się o 21:30. Na szczęście do domu nie było daleko :) Na drugi dzień dostałam lody, bo wiedział, że temu nie umiem się oprzeć :) Obdarowałam tymi lodami wszystkie koleżanki, bo było tego dużo :)
Po jakimś czasie zaczęliśmy jadać tylko we dwoje. I pewnego dnia, opowiadając mu, że nie wiem, co dalej mam robić z moją przeszłością, że zawsze wiedziałam, że chcę być z moim przyjacielem, że teraz nie wiem, że niczego nie jestem pewna... I on powiedział, że wie dlaczego tak się dzieje. Oczywiście ciekawość to pierwszy stopień do piekła, co się chyba sprawdziło w moim przypadku, bo wyciągnęłam z niego, że on też takie ma odczucia i rozterki. No i że nie wszystko mi powiedział. Trochę wcześniej rozmawiał ze swoją dziewczyną, że lubi ze mną przebywać i rozmawiać, ale powiedział dodatkowo, że się chyba... zakochał. Ja to podejrzewałam u siebie też, ale dalej chciałam być z moim przyjacielem z Polski, nie robiłam sobie żadnych nadziei, bo to może tylko zauroczenie. W końcu byłam daleko od moich bliskich. Poza tym ja w Polsce, albo gdziekolwiek, a on w Niemczech... Dla mnie nierealne. Próbowaliśmy się pożegnać z mojej inicjatywy. Czasem on próbował też, ale potem i tak przychodził. To mnie utwierdzało, że jednak coś nas specjalnego połączyło. On się rozstał ze swoją dziewczyna, ja z moim chłopakiem też, ale i tak chcieliśmy to wszystko w tajemnicy utrzymać, bo nie wiedzieliśmy, jak to wszystko się ułoży. Nie wiedzieć czemu szybko, wręcz od razu, zdobył moje zaufanie, co nie jest rzeczą łatwą. Nawet mój chłopak nie wiedział o pewnych sprawach, o których jemu opowiedziałam. Wiem, że to nie było fair wobec mojego chłopaka, ale nie umiałam nigdy mówić o sobie, a tu nagle... Hm.
Zaczęliśmy się spotykać i widywaliśmy się często. On mieszkał 25 km od miejsca, gdzie ja z koleżankami mieszkałyśmy. One też go znały. Do niczego między nami nie doszło. Zadziwiające jest nadal dla mnie to, że nie mogliśmy sobie normalnie ręki podać, co jest zwyczajem w Niemczech, bo potem było nam ciężko tę rękę z powrotem zabrać. O tym się czyta w romansach, ale nigdy nie myślałam, że mnie może to w rzeczywistości spotkać.
Do końca czerwca byłam na miejscu, potem musiałam wracać do Polski. Tu się przekonałam, że nie wiem jak bym się starała, to moje uczucie do mojego przyjaciela z Polski już się, niestety, zatarło i raczej nie powróci. Ten z Niemiec dzwonił do mnie codziennie - po 3 godziny trwały nasze rozmowy. Wyznał mi parę razy nawet, że mnie kocha, że jest na to gotów. Pisał esemesy, no i był nawet u mnie na kilka dni, ale ja jeszcze nie robiłam sobie nadziei, bo jestem zawsze ostrożna. Jeszcze mnie tam nie było... Potem jednak załatwiłam sobie dwumiesięczny pobyt w Niemczech. Pojechałam z koleżanką, która chciała sobie zrobić wakacje. Ona była tylko parę dni i nie miała na nic wpływu. Długo się zastanawiałam, gdzie spać. Z jednej strony przemawiała moja skromność, z drugiej - szaleństwo. Poza tym wyczuwało się jakieś napięcie między nami. Zdecydowałam się spać u niego w sypialni, ale do niczego przez kilka dni nie doszło. Lubiliśmy ze sobą do późna rozmawiać i wystarczało nam przytulanie. To stało się dosłownie przypadkowo. Wiem, że takie rzeczy nie dzieją się przypadkowo, ale ja wtedy byłam chora i nawet o tym nie myślałam. Znow los zadecydował za mnie.
Od tamtej pory poczuliśmy, a może tylko ja poczułam, że to jest coś specjalnego między nami - rozumieliśmy się nie tylko emocjonalnie. Aż do pewnego dnia, kiedy powrócił "z roweru" (to jego sport) i w progu mi powiedział, że lepiej by było, jakbym się wyprowadziła, bo on mnie raczej nie kocha, bo on tak nie może żyć, że jest wszystko jak wcześniej. Zraniło mnie to oczywiście. Ale pozostała nadzieja, że może potrzebuje tylko więcej czasu.
Zamieszkałam u koleżanki, a ona pojechała akurat do Polski na tydzień. Musiałam dalej szukać mieszkania, ale to było raczej ciężkie zadanie, bo nikt nie wynajmie mi mieszkania na miesiąc. Odwiedzał mnie tam. Potem znalazłam, a raczej on, mieszkanie u jego znajomych. Znałam stamtąd tylko jedną osobę, ale później okazało się, że warto było tam mieszkać. Tam mnie już nie odwiedzał, ale dalej siadaliśmy w laboratorium, jak za dobrych czasów.
Pewnego dnia pojechaliśmy na kajaki ze znajomymi z uniwersytetu. Byliśmy tam dwie noce - tak na weekend. W niedzielę rano powiedział mi, że on nie jest miłością mojego życia, że on już raczej znalazł swoją miłość życia i jest nią jego dawna przyjaciółka. No, tak... Było ciężko, zostawił mnie na lodzie... Ale wieczorem, jeszcze tego samego dnia, był u mnie i spał ze mną do poniedziałku rano. Rano się jeszcze kochał ze mną, a już wieczorem był u niej, a po tygodniu wylądowali w łóżku. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, skąd o tym wiedziałam, bo nikt nie miał z nim kontaktu. Ja po prostu to czułam! Czułam, co się dzieje. Potem się dowiedziałam, że moje uczucia mnie nie myliły. Było to dla mnie za dużo: przestałam jeść i zaczęłam dużo palić. W tydzień schudłam ponad 4 kilo. Czasem przychodziłam do niego, jak taka głupia zakochana małolata, rozmawialiśmy wtedy, jak to jest. On zresztą sam do mnie też podchodził porozmawiać - tak sobie, zwyczajnie.
Po dwóch tygodniach, czy może trzech, było ze mną już lepiej. Uśmiechałam się znowu i jadłam. Przez tydzień nie myślałam już o nim. Los jednak zakpił ze mnie znowu...
Pewnego dnia byliśmy z przyjaciółmi na wypadowej imprezie urodzinowej. O piątej nad ranem dostałam od niego esemesa, czy się dobrze czuję. Zdziwiło mnie to bardzo, bo wiedziałam, że w tę noc spędza on u swojej przyjaciółki. Wydało mi się to szczytem bezczelności. Jak wracaliśmy z moimi znajomymi z imprezy do domu, zadzwonił do mnie. Umówiliśmy się wszyscy w pewnym miejscu. Ale, jak się okazało, mój znajomy musiał odejść i tak znów zostaliśmy sami. Ja jadłam a on się przyglądał. Miałam od kilku dni najwspanialszy humor, jaki mogłam sobie zażyczyć, ale widziałam, że on ma pewien problem, lecz nie wie, jak się do tego zabrać. Niestety, jestem samarytanką i kiedy widzę, że ktoś ma problemy, to szybko o swoich zapominam. Chciałam mu pomóc i próbowałam mu to ułatwić. Myślałam, że ma mi do przekazania znów jakieś rewelacje, że już w ogóle nie będziemy się widywać, czy coś w tym rodzaju, ale nie. To, co mi powiedział przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Powiedział, że nie ma już żadnej przyjaciółki. Nie potrafił spełnić jej wymagań. Nie potrafił więcej mnie nie widywać. Po prostu mnie zamurowało wtedy. Nie cieszyłam się, choć chyba powinnam. Było mi go trochę żal. Zaczęło padać. Zaproponowałam, że pójdziemy do mnie i mi wszystko przy herbacie opowie. Niestety, nie mogliśmy spokojnie rozmawiać, bo wszyscy, jak nigdy, byli w domu :) No, ale poszliśmy do mnie do pokoju. Wystarczyło mi, że mnie powąchał i już wróciło głupie uczucie bliskości i ochota dotykania go. Niestety, z nim było tak samo :) Znowu wszystko od nowa. Nie odwiedzał mnie nadal, ale ja jego tak, bo on mieszkał sam i czuliśmy się swobodniej. Znowu było jak wcześniej. W Niemczech zostałam dłużej niż zamierzałam. Z czego ostatni tydzień mieszkałam więcej u niego...
Po powrocie do domu znowu dzwonił, znowu gadaliśmy. I nawet przez telefon wyczuwało się napięcie między nami. Teraz jestem znów daleko od domu, całkiem sama i może dlatego jest mi tak ciężko znosić przeciwności losu... Na początku dzwonił i pisał. Próbowaliśmy nawet skorzystać z tego, że jestem tak daleko i się znowu rozstać, ale nie wytrzymywałam.
Pewnego razu przez kilka dni nie dawał znaku życia, ale gdy zadzwonił później, to powiedział, że mnie nie kocha i nie chce utrzymywać dalszych kontaktów. Żadnych. I tak od 3 tygodni nie mam od niego żadnych wieści. Wszystkie zdjęcia pochowałam. Wykasowałam jego prawie wszystkie maile do mnie i od dziś nie mam jego numeru telefonu w jednej z komórek (niestety, mam dwie, ale z jednej korzystam, gdy jestem w Polsce). Ale głowa nie przestaje myśleć. Od tygodnia pojawia się w moich snach. Nie umiem się skoncentrować na tym, co robię, bo cały czas myślę o nim. Pytam się siebie często: jeśli między nami ma nic nie być, to niech zapomnę, tylko dlaczego nie mogę? Cały czas mam nadzieję, że zadzwoni. Znam siebie. Kiedy byłam tak mocno zakochana, trwało to czasami długo, ale czasem wystarczało, że widziałam mojego wybranka z inną i mi przechodziło... A tu nie chce! Tu potrafiłam mu tyle wybaczyć i zapomnieć. Nie poznaję siebie. Może i czasem zachowuję się jak samarytanka, ale nie wtedy, gdy mnie ktoś skrzywdzi. Zastanawiam się, po co nas los połączył, gdzie leży błąd? Za jednym zamachem straciłam mężczyznę i przyjaciela. To pierwsze potrafię przeżyć, ale z tym drugim jest mi ciężko. Są też i dobre strony tej sytuacji. Mój niemiecki jest już lepszy :) No i mam innych znajomych - szkoda tylko, że w tym samym mieście. Po nowym roku zamierzam tam pojechać, ale nie ze względu na niego. Raczej wolałabym go nie spotkać, bo znów mogę okazać się za słaba. Chcę tam odpocząć, spotkać się z innymi. Znów na chwilę zapomnieć o problemach. Wiem, że jest to pewnie "standardowy" problem, ale nie dla mnie. Ja mam z czymś takim pierwszy raz do czynienia. Nie wiem, co mam robić dalej? Chciałabym zapomnieć, by dalej móc żyć. Wiem, że do tego potrzebuję czasu, ale mimo tego, że wiem, że nic nie będzie między nami, to mam zawsze nadzieję, że on może zadzwoni, napisze... I tu siebie nie poznaję. Ja się zawsze trzymałam z daleka od rzeczy beznadziejnych :) Dlatego proszę o pomoc. Nie jestem już małą dziewczynką, moje życie zmusiło mnie do szybkiego dorośnięcia. I, mimo moich 25 lat, rozumiem często więcej niż się innym zdaje. Nie chcę pisać o moich - jak można powiedzieć - poważniejszych problemach niż jakiś tam chłopak, bo tego na razie nie można zmienić i pozostało mi tylko czekać na rozwój sytuacji. Z takimi "realnymi" problemami potrafię sobie często poradzić, ale ten emocjonalny przerasta mnie i zaczyna męczyć. Od czasu, gdy poznałam tego chłopaka i zaczęły się te problemy, płaczę więcej niż przez ostatni rok chyba, a też się dużo rzeczy wtedy wydarzyło. Proszę o anonimowość. Dziękuję serdecznie i pozdrawiam. Alicja


Droga Alicjo!
Myślę, że mamy tu do czynienia z pierwszym etapem miłości: zafascynowaniem i zauroczeniem. Dleczego tylko z zauroczeniem? Twój list jest bardzo dokładny, ze szczegółami opisałaś początki Waszej znajomości i kolejno dalsze jej losy. Doskonale.
Miłość to kochanie drugiej osoby za to kim jest, za to co robi. Jesteśmy w stanie zrobić dla tej osoby wszystko. Zauroczenie to ogromna potrzeba bycia z osobą, która przyciąga nas nie wiadomo dlaczego. Moglibyśmy z nią cały czas przebywać. Kiedy ją jednak spotykamy, dzieje się z nami coś niesamowitego: drżymy i robi się nam gorącą. Myślę, że to właśnie ten etap.
Wiesz, tak to już właśnie jest. Kusi nas najbardziej to, co trudno jest nam osiągnąć. Pociąga nas bardziej to, czego mieć nie możemy. To za tym tęsknimy, o tym marzymy. Im dany cel, zresztą bardzo atrakcyjny, jest trudniej osiągalny, tym bardziej zbieramy w sobie siły, a motywacja w nas wzrasta, aby go zdobyć. Tak właśnie, myślę, jest w Twoim przypadku. Gdzieś wewnętrznie zdajesz sobie sprawę, że jeśli ten chłopak wracał do Ciebie wcześniej, to jeszcze wrócić może. Przez to, że Wasze losy - jak to ujęłaś - krzyżują się co jakiś czas, nabierasz ochoty, aby znów spotkać się i połączyć. Nowo poznany chłopak, wcześniej spotykajacy się z dziewczyną, rezygnuje z niej, aby spotykać się z Tobą. Następnie oznajmia, że nie kocha Cię i odchodzi. Odchodzi do innej. Jednak był przecież z Tobą. Nabiera stopniowo wartości. Pragniesz go zdobyć znowu, znowu zauroczyć. Wiesz a jednocześnie nie wiesz do końca, że może być Twój. A przecież tak cudownie jest, jak znów go zdobywasz, jak znowu coś między Wami się dzieje.
Pierwsze momenty rodzącego się dopiero związku są najpiękniejsze. Szaleją w nas hormony, emocje wybuchają na zewnątrz. Wszystko wydaje się piękne. Następuje jednak taki moment, że to uniesienie, te pierwsze emocje zaczynają gasnąć, są ale nie tak intensywne. Są osoby, które wyczuwając ten moment rezygnują. Może w przypadku Twego chłopaka jest podobnie?
Alicjo, musisz podjąć decyzję sama. Mianowicie sama przed sobą musisz się przyznać, czy chcesz kontynuować ten związek, czy nie. Możesz na kartce papieru wypisać plusy i minusy Waszego przyszłego związku. Wtedy zadecyduj, ale bądź szczera wobec siebie i nie wycofuj się z podjętej decyzji. Warto jednak, jeśli stwierdzisz, że chciałabyś to kontynuować, zapytać wprost tego chłopaka, co on myśli o poważnym związku. Możesz powiedzieć, że męczą Cię takie powroty i odejścia, że chcesz wiedzieć na czym stoisz i czy dać sobie spokój, czy jednak zaryzykować. Z Twojego listu wnioskuję, że jak na razie to Twój chłopak podejmował decyzje. To on odchodził lub powracał. Pamiętaj: ważne jest, abyś i Ty mogła dokonać wyboru. Jakiego? To zależy tylko od Ciebie.
Jeśli zadecydujesz na "nie", wiesz sama, gdyż napisałaś to wyraźnie, że tylko czas jest w stanie wyleczyć rany. Mogę Ci zasugerować, abyś się czymś zajęła. Chodzi mi albo o hobby, albo o jakąś pracę. To pozwoli Ci uwolnić myślenie chociaż na chwilkę od Twojego cierpienia.
Życzymy Ci, abyś znalazła w sobie odpowiedź, bo tylko wtedy poczujesz ulgę. Noworocznie życzymy wszelkiej pomyślności, ale przede wszystkim podjęcia decyzji, gdyż to od niej zależy, czy będziesz szczęśliwa, czy zawsze niepewna i zagubiona. (2005-01-06, ba, mt, ppk)

Prof. Bassam Aouil, Monika Trzcińska, psycholog, PPK, 30-06-2011, zdrowemiasto.pl

Poinformuj znajomych o tym artykule:

REKLAMA
chirurg naczyniowy
hemoroidy Krakow
Leczymy urazy sportowe
hemoroidy szczelina odbytu przetoki zylaki konczyn dolnych
------------